Harvard Business Review zaprezentował ostatnio bardzo ciekawe studium stawiające tezę, że ludzie mający władzę są lepszymi kłamcami niż inni. Prowadząca projekt profesor Dana Carney podzieliła badanych na dwie grupy: szefów i pracowników. Następnie obie grupy postawiła w sytuacji zmuszającej ich do kłamstwa, wnikliwie obserwując ich zachowania.
Jak się okazało, zachowania i reakcje szefów w sytuacjach gdy kłamali były prawie identyczne jak … ludzi mówiących prawdę. Z kolei pracownicy nie okazali się aż tak dobrzy i dawali się znacznie łatwiej rozszyfrować przy próbach kłamstwa.
Co z tego wynika?
a. Jak chcesz zostać szefem musisz nauczyć się dobrze kłamać (bo niekoniecznie i nie zawsze jest to uwarunkowane genetycznie)
b. Kłamstwo popłaca.
Oba wnioski są mało ciekawe dla zdrowego psychicznie człowieka. I jednocześnie smutne. Oczywiście są to wnioski z kategorii „no follow” żeby nie było.
Czy powyższe konkluzje są dziwne albo nieoczekiwane? Mnie specjalnie nie dziwią. Korporacyjnej „kultury” nie dostrzegają chyba tylko świeżo upieczeni magistrowie kierunków wszelakich z zapałem dołączający do korporacji, ale Ci którzy już trochę przetrawili korporacyjna rzeczywistość z pewnością wiedzą o czym mówię.
W czasie Świąt wpadłem gdzieś w telewizorni na wspomnienie elektryzującego tematu sprzed prawie roku. Temat zdecydowanie dla korporuha: BEST JOB IN THE WORLD. Może to trochę odgrzewanie kotleta, ale ja go odgrzałem i wstawiam go również tutaj bo warto się trochę dodatkowo zmotywować.
Rok temu pojawiło się ogłoszenie na stanowisko: ISLAND CARETAKER, miejsce pracy: the Islands of the Great Barrier Reef. Gruba kasa, miły klimat, 100% restart – jednym słowem wypas. Warto więc odświeżyć sobie temat – podobne fuchy (może trochę mniej spektakularne :-) czasami się pojawiają.
Wiosna to czas zmian i ładowania baterii. Może warto się rozejrzeć dookoła? Oczywiście job trzeba szanować, ale z drugiej strony zawsze (prawie) można znaleźć lepszy. Chociażby ten w załączonym przykładzie.
Dzisiaj wpis okolicznościowy i niekorporacyjny. Adam Małysz zdobył swoje drugie srebro w Vancouver, a gdyby miał lepsze wiązania (:-) na pewno byłoby złoto.
Adam – pełny szacunek!
No i orzełek, dla wszystkich co w Vancouver …
Dla billboardu sponsorskiego TP SA z orzełkiem na śniegu – również szacun. Bardzo udana produkcja. Niestety nie znalazłem na You Tube :-(
Tych co nie wiedzą kim jest Adam Małysz odsyłam do naszego wpisu sprzed prawie roku i do wiki. Tędy proszę: LINK.
… bo nie jest w pełni efektywna i pracują w niej ludzie.
Pytanie dnia: czy korporacja, dążąca do doskonałości forma biznesowa, jest formą w pełni efektywną?
Odpowiedź: często nie jest (a może prawie zawsze nie jest?).
Uzasadnienie: porównajmy dwie formy działalności – wielką korporację oraz prywatną firmę.
Korporacja – duża, anonimowa, w większości przypadków właściciel nieznany i niewidziany. Problemy finansowe właściciela nie są z reguły odczuwalne dla pracowników (no, może zarząd czasami straszy cięciami, ale to tyle). Jak kampania reklamowa za 3,5 czy10 mln zł nie zaskoczy to też świat się nie zawali. Korporacja ma z reguły głęboką i anonimową kieszeń.
Mała firma – musi być efektywna i dbać o swoje wyniki operacyjne codziennie. Właściciel jest materialny, znany, widziany na codzień. Ma koszty, płaci rachunki, a jego problemy finansowe są w krótkim czasie ogólnie znane i dobrze odczuwalne przez wszystkich.
Z zestawienia powyżej jasno wynika, że w korporacji nie ma takiego ciśnienia na wynik jak w małej firmie (choć obiegowa opinia mówi, że w korporacji jest największe ciśnienie na net sales i profit). W korporacji, nawet jak można dowieźć wynik +60% vs. rok poprzedni to często znacznie lepiej i rozsądniej jest zrobić to w ciągu kilku lat i nie rozpuszczać centrali. W końcu najważniejsze jest aby dowozić założony target regularnie a nie przekraczać go w nienormalny sposób. Za przekroczenie w roku 1 może i zgarniemy wielką kumulację w postaci rocznej premii ale już w roku 2 będziemy mieli prawdopodobnie grube problemy z kolejną realizacją. Natomiast dowożąc konsekwentnie rok za rokiem nie będziemy rekordzistami premii ale będziemy wygrani w długim okresie – bo dowozimy uzgodnione targety (a to korporacja kocha najbardziej), mamy naklejkę „sukces” na plecach i dobre, stabilne zarobki w długim okresie.
Co ciekawe, ta filozofia przewija się przez wszystkie szczeble korporacji. Również prezes doskonale wie, że najlepiej jak będzie „reliable partner” w długim okresie.
Oczywiście, niestety zdarzają się wyjątki: jak prezes wie, że awansuje za granicę to korporacja sprzedaje w jego ostatnim roku pod sufit – wtedy prezes nie myśli o roku kolejnym… W efekcie odjeżdża jako zwycięzca, a cała reszta w kolejnym roku na bank nie dostanie premii. Na szczęście prezesi kontraktowani są średnio na 3 lata więc firma dostaje premię roczną średnio 2 razy na 3 lata :-)
Ostatecznie więc widać, że korporacja nie jest na tyle efektywna na ile mogłaby być.
„Praca w korporacji jest jak praca w agencji towarzyskiej – aby odnieść sukces wszystkim trzeba robić dobrze” – true, true …
Dzisiaj kilka słów o praktyce korporacyjnej jaką jest budowanie koalicji. Koalicje są często niezbędne do szczęśliwego funkcjonowania w organizacji oraz do sprawnej realizacji projektów.
Masz doskonale opracowany projekt, prezentacja pełna konkretnych faktów, dobrze przygotowana i przemyślana. Strategia, plany taktyczne, podrasowany P&L projektu. Czy to wystarczy żeby odnieść sukces i popchnąć idee do realizacji? Niestety, życie w korporacji pokazuje, że nie zawsze.
Jeżeli jesteś bardzo ambitny, projekt przygotowujesz samodzielnie, nie masz mocnych sojuszników na sali podczas jego prezentacji i jeszcze przypadkiem komuś dodatkowo zależy żeby podwinęła Ci się noga – z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że tak się stanie. Dziwne, głupie pytania, durne wątpliwości i wyimaginowane potencjalne zagrożenia i problemy można znajdować zawsze. Nie w 100% pewne dane pojawiają się w prezentacjach biznesowych praktycznie zawsze (bo w biznesie zawsze jest jakaś niewiadoma i ryzyko). Tak więc praktycznie zawsze można zmusić pomysłodawcę projektu do zrobienia dodatkowych analiz, uruchomienia dodatkowych badań lub też poddać w wątpliwość część informacji na jakie się powołuje roztaczając wątpliwości i kreując poczucie nadchodzących problemów.
Co powinien zrobić prezentujący aby uniknąć tego rodzaju problemów i szczęśliwie zdobyć akceptację dla wdrożenia swojego projektu w życie?
Recepta to tzw. ALIGNEMENT (a raczej pre-alignement). To trudne słowo oznacza zrobienie wcześniejszego obchodu po osobach, które wiemy, że będą uczestniczyły w spotkaniu, umiejętne przedyskutowanie z nimi tematu, poznanie ich stanowiska i wyłuskanie potencjalnych trudnych pytań lub kwestii problematycznych. Najlepiej spróbować je rozwiązać od razu lub wkrótce od ich zaistnienia. Ostatecznie jednak musimy tak poprowadzić rozmowy aby osoby, z którymi kolejno rozmawiamy, kolejno przechodziły na naszą stronę. Każde takie spotkanie musi się zakończyć werbalnym potwierdzeniem ze strony odwiedzonej osoby, że w obecnej formie projekt jej się podoba i będzie za jego wdrożeniem. W najgorszym wypadku (jak nie będzie akceptacji) spotkanie skończy się tym, że poznamy trudne kwestie jakimi możemy zostać zaatakowani podczas prezentacji. Znając je teraz, mamy czas na przygotowanie skutecznej linii obrony.
Dzięki powyższej recepcie w ostatecznym rozrachunku unikniemy wielu stresów i niepotrzebnych niespodzianek a nasz projekt z dużym prawdopodobieństwem zyska akceptację i szczęśliwie dotrze do fazy realizacji.