0

Deadline or quality? Termin czy jakość?

Dodał Szeryf | 2 sierpnia 2010 | Temat dnia

Dzisiaj krótka refleksja co jest tak naprawdę ważne w korporacyjnej, codziennej pracy: deadline czy jakość?

Na początek zastrzeżenie, że są oczywiście różne korporacje – bardziej lub mniej agresywne. Z reguły jednak każda stara się być dynamiczna, dynamicznie zwiększająca udziały rynkowe, innowacyjna, wyróżniająca się etc. Na koniec dnia prawie wszystkie mają taka samą strategię i tylko starają się przechytrzyć jedna drugą. Ale nie o tym miało być.

Otóż, orząc dzisiaj korporacyjne podwórko w trudzie i znoju, obserwując oczekiwania zarządu, mnogość i jakość zadań otrzymywanych od szefa – zacząłem się zastanawiać czy ważniejsze jest aktywne i szybkie reagowanie wraz z przestrzeganiem deadline-ów czy też zrobienie roboty najwyższej jakości nawet kosztem przekroczenia terminu.

Ja jestem uczestnikiem korporacji agresywnej, która stara się być jeszcze bardziej agresywna. W związku z tym wszyscy biegają, muszą być zarobieni, piszą mnóstwo maili, ilość spotkań rozrosła do rozmiarów absurdu. Jak obserwuję, znacznie lepiej odbierani i oceniani są właśnie Ci pracownicy, którzy produkują dużo maili, działają szybko i na czas. Wtedy w głowach otoczenia kształtuje się wizerunek osoby sumiennej i zaangażowanej. Takiej osobie wybacza się często niższą jakość dowiezionego projektu (nie mówię o fuck-upach bo to zawsze kicha).

Odwrotnie już jest znacznie gorzej bo co z tego, że dopracowałeś wszystkie szczegóły skoro projekt nie jest dowieziony w terminie …. Tutaj dostajesz naklejkę „nieterminowy, nierzetelny, niesłowny”. Naklejka „dowozi projekty wysokiej jakości” raczej Ci nie grozi bo negatywny odbiór niepunktualności przesłania resztę.

Tak więc dziewczęta i chłopcy, piszemy dużo maili, reagujemy szybko, dotrzymujemy terminów i nie spędzamy zbyt wiele czasu nad dopracowywaniem projektu. Najpierw deadline, potem jakość – w korporacji nigdy odwrotnie. I nie pytajcie bosów co oni na to bo i tak szczerze nie odpowiedzą.

Tagi: , ,

 
0

Czy szefowie to lepsi kłamcy niż szeregowe korporuhy?

Dodał Szeryf | 17 maja 2010 | Temat dnia

Powerful people are better liars

Harvard Business Review zaprezentował ostatnio bardzo ciekawe studium stawiające tezę, że ludzie mający władzę są lepszymi kłamcami niż inni. Prowadząca projekt profesor Dana Carney podzieliła badanych na dwie grupy: szefów i pracowników. Następnie obie grupy postawiła w sytuacji zmuszającej ich do kłamstwa, wnikliwie obserwując ich zachowania.

Jak się okazało, zachowania i reakcje szefów w sytuacjach gdy kłamali były prawie identyczne jak … ludzi mówiących prawdę. Z kolei pracownicy nie okazali się aż tak dobrzy i dawali się znacznie łatwiej rozszyfrować przy próbach kłamstwa.

Co z tego wynika?

a. Jak chcesz zostać szefem musisz nauczyć się dobrze kłamać (bo niekoniecznie i nie zawsze jest to uwarunkowane genetycznie)

b. Kłamstwo popłaca.

Oba wnioski są mało ciekawe dla zdrowego psychicznie człowieka. I jednocześnie smutne. Oczywiście są to wnioski z kategorii „no follow” żeby nie było.

Czy powyższe konkluzje są dziwne albo nieoczekiwane? Mnie specjalnie nie dziwią. Korporacyjnej „kultury” nie dostrzegają chyba tylko świeżo upieczeni magistrowie kierunków wszelakich z zapałem dołączający do korporacji, ale Ci którzy już trochę przetrawili korporacyjna rzeczywistość z pewnością wiedzą o czym mówię.

Pełna treść artykułu jest tutaj: Powerful people are better liars
Warto przeczytać.

Tagi: , , , , ,

 
0

Dlaczego korporacja nie rośnie +60% tylko raczej 4 x po 15%?

Dodał Szeryf | 15 lutego 2010 | Temat dnia

… bo nie jest w pełni efektywna i pracują w niej ludzie.

Pytanie dnia: czy korporacja, dążąca do doskonałości forma biznesowa, jest formą w pełni efektywną?

Odpowiedź: często nie jest (a może prawie zawsze nie jest?).

Uzasadnienie: porównajmy dwie formy działalności – wielką korporację oraz prywatną firmę.
Korporacja
– duża, anonimowa, w większości przypadków właściciel nieznany i niewidziany. Problemy finansowe właściciela nie są z reguły odczuwalne dla pracowników (no, może zarząd czasami straszy cięciami, ale to tyle). Jak kampania reklamowa za 3,5 czy10 mln zł nie zaskoczy to też świat się nie zawali. Korporacja ma z reguły głęboką i anonimową kieszeń.
Mała firma
– musi być efektywna i dbać o swoje wyniki operacyjne codziennie. Właściciel jest materialny, znany, widziany na codzień. Ma koszty, płaci rachunki, a jego problemy finansowe są w krótkim czasie ogólnie znane i dobrze odczuwalne przez wszystkich.

Z zestawienia powyżej jasno wynika, że w korporacji nie ma takiego ciśnienia na wynik jak w małej firmie (choć obiegowa opinia mówi, że w korporacji jest największe ciśnienie na net sales i profit). W korporacji, nawet jak można dowieźć wynik +60% vs. rok poprzedni to często znacznie lepiej i rozsądniej jest zrobić to w ciągu kilku lat i nie rozpuszczać centrali. W końcu najważniejsze jest aby dowozić założony target regularnie a nie przekraczać go w nienormalny sposób. Za przekroczenie w roku 1 może i zgarniemy wielką kumulację w postaci rocznej premii ale już w roku 2 będziemy mieli prawdopodobnie grube problemy z kolejną realizacją. Natomiast dowożąc konsekwentnie rok za rokiem nie będziemy rekordzistami premii ale będziemy wygrani w długim okresie – bo dowozimy uzgodnione targety (a to korporacja kocha najbardziej), mamy naklejkę „sukces” na plecach i dobre, stabilne zarobki w długim okresie.

Co ciekawe, ta filozofia przewija się przez wszystkie szczeble korporacji. Również prezes doskonale wie, że najlepiej jak będzie „reliable partner” w długim okresie.

Oczywiście, niestety zdarzają się wyjątki: jak prezes wie, że awansuje za granicę to korporacja sprzedaje w jego ostatnim roku pod sufit – wtedy prezes nie myśli o roku kolejnym…  W efekcie odjeżdża jako zwycięzca, a cała reszta w kolejnym roku na bank nie dostanie premii. Na szczęście prezesi kontraktowani są średnio na 3 lata więc firma dostaje premię roczną średnio 2 razy na 3 lata :-)

Ostatecznie więc widać, że korporacja nie jest na tyle efektywna na ile mogłaby być.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Telekonferencje alias telekony alias telekonfy

Dodał Szeryf | 8 lutego 2010 | Temat dnia

Działamy w strukturach lokalnych czy globalnych – telekonferencje nie są nam obce.

Projekty prowadzone są często w zespołach międzyfunkcyjnych rozlokowanych w różnych częściach Polski bo fabryka gdzie indziej a biuro, sprzedaż i marketing gdzie indziej.  Inny case – jak działamy w strukturze globalnej – gdzie co miesiąc nasi przyjaciele z centrali organizują tzw. „business review”. Taka konfa trwa czasami nawet 2 godziny, zacinają się linie, ktoś wciśnie „mute” a ktoś inny zapomni się i siorbie kawę lub herbatę. W sumie pełen folklor.

Często na poziomie lokalnym aktywność człowieka ogranicza się do minimum tj. człowiek ma przy sobie dwie tabelki i plan „napadu” tj działania. Czai się po prostu na swój moment kiedy będzie mógł uderzyć centralnie i załatwić swoja sprawę (np. zdać raport).
Reszta rozmowy w ogóle go nie obchodzi i zależy mu tylko na odhaczeniu obecności. W międzyczasie je śniadanie, przysypia lub  obrabia na kompie inne ważne sprawy od czasu do czasu chrząkając gdy w telefonie pojawi się tekst „how do you think” . Standard.

Generalnie telekonferencje pomimo swoich teoretycznych zalet, jak szybkość organizacji (wystarczy rozesłać e-mail z zaproszeniem), niski koszt (impulsy zamiast mil lotniczych) mają też spore wady, tj. słabe zaangażowanie większości uczestników, słaba jakość przekazu (z zagranica niestety często tak jest), brak interakcji (ciężko jest kogoś przekonać do swoich racji; czasem trzeba walnąć w stół a przez TC to nie działa), potencjalne zagrożenie niezrozumienia (rzadko jest czas na tłumaczenie kwestii).

Trochę więcej zabawy z teleconem ma osobnik globalny, który organizuje cała zabawę, ale w jego buty wejdziemy nastepnym razem. Wtedy w poważniejszych słowach opiszę, jak zrobić dobry telecon i wynieść z tego jakieś korzyści.

Tagi: , ,

 
0

Alignement = w korporacji wszystkim trzeba robić dobrze

Dodał Szeryf | 4 lutego 2010 | Temat dnia

„Praca w korporacji jest jak praca w agencji towarzyskiej – aby odnieść sukces wszystkim trzeba robić dobrze” – true, true …

Dzisiaj kilka słów o praktyce korporacyjnej jaką jest budowanie koalicji. Koalicje są często niezbędne do szczęśliwego funkcjonowania w organizacji oraz do sprawnej realizacji projektów.

Masz doskonale opracowany projekt, prezentacja pełna konkretnych faktów, dobrze przygotowana i przemyślana. Strategia, plany taktyczne, podrasowany P&L projektu. Czy to wystarczy żeby odnieść sukces i popchnąć idee do realizacji? Niestety, życie w korporacji pokazuje, że nie zawsze.

Jeżeli jesteś bardzo ambitny, projekt przygotowujesz samodzielnie, nie masz mocnych sojuszników na sali podczas jego prezentacji i jeszcze przypadkiem komuś dodatkowo zależy żeby podwinęła Ci się noga – z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że tak się stanie. Dziwne, głupie pytania, durne wątpliwości i wyimaginowane potencjalne zagrożenia i problemy można znajdować zawsze. Nie w 100% pewne dane pojawiają się w prezentacjach biznesowych praktycznie zawsze (bo w biznesie zawsze jest jakaś niewiadoma i ryzyko). Tak więc praktycznie zawsze można zmusić pomysłodawcę projektu do zrobienia dodatkowych analiz, uruchomienia dodatkowych badań lub też poddać w wątpliwość część informacji na jakie się powołuje roztaczając wątpliwości i kreując poczucie nadchodzących problemów.

Co powinien zrobić prezentujący aby uniknąć tego rodzaju problemów i szczęśliwie zdobyć akceptację dla wdrożenia swojego projektu w życie?

Recepta to tzw. ALIGNEMENT (a raczej pre-alignement). To trudne słowo oznacza zrobienie wcześniejszego obchodu po osobach, które wiemy, że będą uczestniczyły w spotkaniu, umiejętne przedyskutowanie z nimi tematu, poznanie ich stanowiska i wyłuskanie potencjalnych trudnych pytań lub kwestii problematycznych. Najlepiej spróbować je rozwiązać od razu lub wkrótce od ich zaistnienia. Ostatecznie jednak musimy tak poprowadzić rozmowy aby osoby, z którymi kolejno rozmawiamy, kolejno przechodziły na naszą stronę. Każde takie spotkanie musi się zakończyć werbalnym potwierdzeniem ze strony odwiedzonej osoby, że w obecnej formie projekt jej się podoba i będzie za jego wdrożeniem. W najgorszym wypadku (jak nie będzie akceptacji) spotkanie skończy się tym, że poznamy trudne kwestie jakimi możemy zostać zaatakowani podczas prezentacji. Znając je teraz, mamy czas na przygotowanie skutecznej linii obrony.

Dzięki powyższej recepcie w ostatecznym rozrachunku unikniemy wielu stresów i niepotrzebnych niespodzianek a nasz projekt z dużym prawdopodobieństwem zyska akceptację i szczęśliwie dotrze do fazy realizacji.

CBDO

Tagi: , , , , ,

Copyright © 2010 Korporuh All rights reserved. Webdesign supported by Logographos