… właśnie przeczytałem to co spłodziłem kilka minut temu (to poniżej) i widzę, że wyszło mocno kaznodziejsko chociaż tak nie planowałem. Ale, niech będzie, od czasu do czasu przecież można, no nie?
Uczestnik zabawy w korporację (czyli Korporuh) to osoba, której głównym celem jest zarabianie pieniędzy. Nawet jak się do tego nie przyznajemy lub nieuświadamiamy (problem!) to i tak na koniec dnia chodzi o to żeby zarabiać kasę i zaspokajać życiowe potrzeby. Kiedyś było kilku filozofów, mniej lub bardziej ogarniętych, którzy wskazywali w swoich wywodach, że żyjemy po to żeby móc pracować lub też, że praca uszlachetnia i inne takie tam.
Temat dotyczy jednak prostego wyboru: pracujesz po to żeby żyć lub żyjesz to żeby pracować. Odpowiedź wydaje się oczywista: chodzimy do pracy żeby mieć kasę na dobre życie. Jednakże jak można popatrzeć po korpo korytarzach po go. 19.00 – nadal gwar i ruch. W wielu korporacjach nawet później. Czyżby więc byli również tacy, którzy jednak myślą inaczej? No bo skoro od rana do nocy wiosłują dla dobra biznesu to raczej nie mają wiele czasu żeby żyć … Trudno w sumie nazwać życiem siłownię o 7.00 po to żeby się nie spóźnić się do roboty lub szybkie późnowieczorne zakupy w żabce lub całodobowym hiperze bo to jedyne co jest jeszcze otwarte po opuszczeniu biura. Dla tych sparowanych, pozostaje jeszcze spotkanie z partnerką/partnerem późną nocą, chwila czułości i już wstajemy do nowego dnia pracy. Filozofom się nie śniło …
A więc czy Ci odsiadkowicze mają inną filozofię życia i myślą inaczej? Nie. Więc co tak zmusza korporuha do długich godzin biurowych? Jest kilka powodów: pieniądze, kasa, kapusta, mamona. Jak je mamy to jest dobrze, ale paraliżuje strach przed ich utratą (więc stąd odsiadywanie długich godzin w korpo …). A przecież i tak jak projekty nie wyjdą lub jak pokaże się jakieś negatywne wahnięcie koniunktury to i tak będą zwolnienia. Więc lepiej znaleźć w sobie trochę zdrowego rozsądku i trochę pożyć zanim będzie too late. A jak już będzie słabo (bo każdy korporuh wcześniej czy później straci robotę) – zawsze można i trzeba znaleźć sobie małą przyjemność w życiu – chociażby PLATONKA.
Pieniądze to nie wszystko (a obrazek filmowy poniżej nie jest taki całkiem zabawny):
Dzisiaj mała rekomendacja na ciekawe spędzenie korpo czasu przy czymś być może pożytecznym a być może ciekawym, a może otwierającym oczy w pewnych kwestiach.
www.ted.com a więc jak to określają autorzy: ideas worth spreading
Nowy (przynajmniej dla mnie), ciekawy site dedykowany tematom, sprawom, ideom, którymi warto podzielić się z innymi. Format video, gdzie ludzie znani (jak Steve Jobs) jak również w ogóle nieznani, ale ciekawi opowiadają o swoich pasjach, przygodach lub pomysłach. Część z nich to geniusze, część to filozofowie życiowi, część to freaki. Jednak w całościowym rozrachunku – warto posłuchać o rzeczach, które pozwolą się oderwać, a nawet mogą zainspirować do nowego …
Dzisiaj krótka refleksja na temat wczorajszego lunchu :-)
Tak się złożyło, że mój wczorajszy biurowy happy meal skupił się na surowej rybie z ryżem zwanymi łącznie, potocznie sushi. Wydarzenie to było dosyć istotne z punktu widzenia moich zwyczajów żywieniowych gdyż po raz pierwszy w pracy zamówiłem sushi w plastiku. Dotychczas uważałem to za profanację tego jakże ważnego posiłku. Jednak po wczorajszym doświadczeniu zmieniłem zdanie. Próba zakończyła się pełnym sukcesem. Rybsko było naprawdę nieźle zrobione. Co prawda konsumpcja w otoczeniu sterty kwitów biurowych, klawiatury i kalendarza nie należy do zjawisk nazbyt wysublimowanych jednakże funkcja odżywcza w połączeniu z dobrym smakiem dostarczyły mi wystarczająco dużo satysfakcji.
Idąc dalej, otworzyły mi się oczy na oczywisty fakt, że dotychczas w ogóle nie poświęcaliśmy miejsca na korporuhu temu jakże ważnemu tematowi – żywieniu korpoluda w miejscu pracy tudzież w czasie pracy (bo przecież dobrze wyjść czasami na powietrze).
A przecież wiedza o tym co warto zjeść, a do czego nie warto się nawet zbliżać jest wręcz bezcenna. Na pewno za chwilę to nadrobimy. Na początek tego wątku dzisiaj moja subiektywna lista suszarni warszawskich gdzie można zjeść przyzwoity lunch (w kolejności zupełnie przypadkowej).
Proszę o sugestie jak ktoś zna inny dobry adres.
Ja jadłem i było dobrze między innymi w takich miejscach:
Sakana Sushi Bar na Moliera 4 – dla korporuhów (chyba głównie finansowych) z okolic Starego Miasta
(w bliskim sąsiedztwie słynnego Pędzącego Królika) – adresu www nie znalazłem
Nonsens? Przecież nie ma nic lepszego niż fura za darmo i za darmową benzynkę – tak powie większość! No jasne, że tanio. Ale jest jednak trochę wad tej sytuacji. Stajemy się niewolnikami samochodu służbowego i jesteśmy praktycznie pozbawieni przyjemności zakupu furki prywatnej takiej jaka nam się podoba. No bo przecież bez sensu jest mieć 2 pojazdy skoro nie da się nimi jeździć jednocześnie. Wiem, że duża część korpoludów czeka z utęsknieniem na furaka służbowego i teraz myśli, że przewróciło się we łbie. Nie przewróciło, zapewniam. Jednakże przyznam, że użytkuję już 4 samochód służbowy i tylko jeden z nich był naprawdę fajny (to ocena z dzisiejszego punktu widzenia). Oczywiście jak dostałem pierwszego furaka to była mega radocha i długie loty po Polsce. Zero wydatków i tylko niewiele znacząca uciążliwość związana z rozliczaniem użytkowania.
Z czasem jednak przyszło zmęczenie materiału i bolid służbowy stał się męczący choć nadal równie tani. Może wiąże się to z tym, że nie mam obecnie żadnej elastyczności w wyborze pojazdu bo polityka samochodowa po kryzysie jest dramatycznie usztywniona.
Na szczęście jednak są jeszcze pracodawcy którzy podchodzą lepiej do tego tematu. Są tacy, którzy dają szeroki wybór bolidów oczywiście w określonej cenie – odpowiedniej do levelu korporacyjnego. Elastyczność zawsze lepsza od braku wyboru. Są też pracodawcy, którzy mówią: co miesiąc dostaniesz od nas kasę na furę więc kup sobie co chcesz. My będziemy refundować określoną kwotę peelenów. I dzisiaj właśnie takiegp pracodawcy będę szukał.
No i zaczęła się. Od jakiegoś czasu wychodziliśmy z korporacji za jasnego (niektórzy nie), co wskazywało że wiosna już za pasem. W ten weekend w końcu przyszła. Co wiosna oznacza dla korporuha oprócz wychodzenie z pracy przed zmrokiem?
Przede wszystkim lepsze samopoczucie, a więc korzyść dla korporacji (za wyjątkiem tych, których dopadnie przesilenie). Po drugie nieprzemożoną chęć wychodzenia z pracy wcześniej niż zimą i branie krótkich urlopów wydłużających weekendy (to już gorzej dla korporacji).
Poza tym jeszcze większe korki na wylotówkach w piątki. Więcej osób zapragnie odwiedzić swoje działki (bez znaczenia dla korporacji).
Koleżanki w pracy zmienią płaszcze i futra na lżejsze rzeczy (podniesione morale – korzyść).
Zapragniemy pójść na siłownię, zacząć biegać, jeździć na rowerze, pójść na basen etc. Czyli jak co roku pomyślimy o wakacjach i wychodowanej przez wyjątkowo długą w tym roku zimę tzw. oponie. Jak zwykle też będzie to słomiany zapał, gdy po tygodniu zauważymy, że opona nadal jest tam gdzie była.
Zaczniemy na poważnie planować wakacje. Czas najwyższy, chyba, że liczymy na last minute.
No i chyba najważniejsze – przestaniemy kląć na okrutną zimę i zaczniemy się częściej uśmiechać. Miłej wiosny.